Chill in Chile (378 dni temu…) – wspomnienia z najdłuższego kraju świata, cz.II
Część pierwsza skończyła się na Atacamie, więc dla porządku cz.II startuje z tego samego miejsca. O_0
Po ok. 2 godz. pustynnej jazdy na północ (kierunek: Copiapo) krajobraz znów zmienił się nie do poznania. Zaczęliśmy się wspinać w Andy. Co 500 m n.p.m. musieliśmy robić przerwy, żeby nie wybuchnąć. Podobno miało to związek ze zmieniającym się ciśnieniem.
Okazało się, że nawet wysokościomierz może być przydatny. Na wysokości 3270 m n.p.m. zza chmur wyłonił się jedyny polski budynek widoczny z Chile – mowa oczywiście o PKiN.
Na wysokości ok. 3500 m w jednym z samochodów (tym z podniesioną maską) chwilowo zastrajkowało chłodzenie. Włączył się tryb awaryjny, trzeba było zrobić przerwę. Najbliższy McDrive – 1874 km :(
Później z kolei okazało się, że nie ma już po co lecieć na Marsa, bo Mars znajduje się w Chile. Do pełnego efektu zabrakło tylko większej liczby księżyców.
W drodze powrotnej na południe (kierunek: Valparaiso) zatrzymaliśmy się na wysokości ok. 2500 m, gdzie nagle pośród skał pojawiła się łąka porośnięta dziwną sztywną i szorstką trawą. 0_O
Tam też dostąpiłem jedynej w swoim rodzaju okazji, by zjeść nieco sera pleśniowego ze stołu, za który posłużyła dwudziestocalowa felga.
Po dniu spędzonym z dala od cywilizacji, miło było wrócić do miasta, by przekonać się, że są pewne codzienne sytuacje, w których jesteśmy za Chilijczykami. Ot, tankowanie. Temat zwłaszcza ostatnio gorący. Abstrahując jednak od cen paliw, w Chile funkcjonuje bardzo wygodny system, który pozwala na niewysiadanie z auta w czasie tankowania. Pracownik stacji nalewa nam odpowiednią ilość paliwa, po czym przychodzi do okna z terminalem. Prawda, że wygodne?
Zazdroszczę Chilijczykom także tego, że ich “TIRy” pochodzą z USA. Pełno wszelkiej maści Freightlinerów czy Peterbiltów. Momentami można się poczuć jak w “Pojedynku na szosie“, a nie jak u nas, w kiepskim rosyjskim filmie zarejestrowanym przez wideorejestrator.
Pacyfik – najbardziej nam odległy ze wszystkich oceanów – przy pierwszym kontakcie pocztówka musi być.
Ten mały punkt na szosie to Audi A7.
Fajny patent – może nad Bałtykiem też by się dało. Fale rozbijają się o fasadę hotelu. Panoramiczne okna i nic więcej do szczęścia nie trzeba.
No może jeszcze basenu na dachu z widokiem na ocean.
- Jak pan zasila te wielkie kolumny?
- Tu mam akumulator. A do niego podłączone radio samochodowe i wzmacniacz.
- Dokąd pan jedzie?
- Chcę objechać cały kraj. Mam tu zapasy pożywienia, kilka rzeczy na zmianę, części zamienne.
- A ile pan już przejechał?
- 14 kilometrów. Wyjątkowo dziś ciepło – robię krótką przerwę.
Diego Maradona przyłapany na wczasach w Chile.
Po czym poznać chilijskiego hipstera w środku lata? Po ciepłej czapce z wełny alpaki.
Tutejsza sieć energetyczna ma swój urok.

Swój urok ma też pewnie obchodzenie świąt Bożego Narodzenia w środku lata. O_0
Ci panowie oferowali pilnowanie pojazdów pod naszą w nich nieobecność. Może to znowu pozory, ale ich powierzchowność była zgoła inna niż ich polskich odpowiedników. I chyba nie chodziło o opaleniznę, bo przecież nasi parkingowi w środku lata też dają radę.
A tak wygląda front największej chilijskiej winnicy – Vińa Indomita. Pochodzące stąd wina są całkiem popularne w Polsce.
Po 5 dniach podróży wracamy do Santiago. W ostatni dzień udajemy się jeszcze w Andy, by zobaczyć kondora. Nie trzeba czekać długo – te ogromne ptaszury dostrzegam nawet bez okularów (!). Dość powiedzieć, że taki jeden z drugim potrafi poderwać do lotu niewielką owcę. Niestety, uwiecznić się na zdjęciu nie pozwoliły, dlatego wrzucam takie se zdjęcie ze wspinaczki, którą sponsoruje niezawodny napęd Quattro.
W drodze powrotnej spotykamy jeszcze dwóch panów pretendujących do roli w chilijskiej wersji “Brokeback Moutain”.
Czas wracać. Chile to interesujący kraj. Najdłuższy na świecie, podobno najbezpieczniejszy w całej Ameryce Płd.. Ludzie są serdeczni, ceny przystępne, kobiety nie za piękne, ale ziemia tania, niestety niezbyt żyzna. A ludzie serdeczni.
Minął rok. I znów kilkudziesięciostopniowa amplituda temperatur…
PS Na koniec kilka słów o samej prezentacji. Posłużę się fragmentem tekstu, który napisałem dla magazynu CARS [*]:
W połowie stycznia [2011 r] Chile było areną prezentacji najmłodszego członka rodziny Audi, modelu A7. Z uwagi na niedostępność samochodu u lokalnego importera, auta dotarły za ocean statkiem. Dla dziennikarzy przygotowano dwie odmiany: 3.0 TFSI, czyli 300-konną wersję benzynową oraz diesla 3.0 TDI o mocy 245 KM. Audi A7, choć technologicznie jest rozwinięciem modelu A6, wyposażono w niemal wszystkie nowinki do tej pory zarezerwowane dla flagowego A8. I tak znajdziemy w nim m.in. aktywny tempomat utrzymujący zadaną prędkość z uwzględnieniem stałej odległości od auta poruszającego się z przodu, kamerę termowizyjną, pozwalającą dostrzec niewidoczne w ciemnościach przeszkody, czy 1300-watowy system audio firmy Bang Olufsen wyposażony w 15 głośników. Audi określa najnowszy model jako idealny pojazd dla indywidualistów, którym opatrzyły się klasyczne limuzyny i poszukują czegoś nowego. Sylwetka najnowszego produktu z Ingolstadt faktycznie może się podobać. Jest dynamiczna i masywna – to efekt proporcji wysokości i szerokości pojazdu. Niestety za oryginalnie opadającą linię dachu zapłacą pasażerowie tylnej kanapy, która oferuje mniej przestrzeni niż klasyczne limuzyny. Cóż, za to by się pięknie wyróżniać trzeba ponieść cenę.



January 28, 2012 at 9:26 pm
Thx bro for inviting me for 8 minutes Chile trip.
February 3, 2012 at 11:27 am
you re always welcome bro