Chill in Chile (376 dni temu…) – wspomnienia z najdłuższego kraju świata
Na sam początek mała ciekawostka – przytoczę dwie liczby: 3915 i 4630. Ta pierwsza to odległość w kilometrach jaką pokonacie przemierzając całą Europę z Lizbony do Moskwy (w linii prostej). Druga odpowiada trasie wewnątrz granic Chile – od północnej z Peru do Przylądka Horn na południu.
Minął rok. 20 stycznia 2011 r. wróciłem z prezentacji Audi A7, która miała miejsce w Chile. 6 dni na miejscu, 6 x Audi A7, 4 tys. przemierzonych kilometrów. Lot do stolicy Chile, Santiago, trwa ponad 14 godzin. Jak to mówią młodzi ludzie – masakracja. Na szczęście temperatura o 40 st. wyższa niż w Polsce szybko przywraca dobry humor. Widok sześciu stojących obok siebie asiódemek także. Na początek 3.0 TFSI, 300 KM, 15-głośnikowe audio Bang & Olufsen za 33 tys. zł netto na pokładzie. Ruszamy.
Santiago de Chile? Nic specjalnego. Taka Saragossa. Jak na tę odległość od codziennego świata jest tu zbyt normalnie, żeby się czymś ekscytować. Znalezienie rodzimej Warki Strong na przydrożnym billboardzie tylko potęguje to wrażenie.
Różnice kulturowe jednak łatwo dostrzec. Ludzie mniej się tu spieszą. Może rundka w warcaby w środku dnia? No problem.
Diabeł tkwi w szczegółach. To one przypominają, że jednak nie jesteśmy w Hiszpanii.
W warszawskim metrze takich aparatów telefonicznych nie uświadczymy. Za to metro w Santiago ma bodaj 5 linii. Ale to my jesteśmy krajem cywilizowanym… Faktem jest jednak, że wystarczy wyjechać ze stolicy, by rzeczywiście poczuć, że jest się… daleko od domu. Przykładowo: u nas słowo “przeprowadzka” raczej nie kojarzy się z przewożeniem całego dobytku ciągnikiem siodłowym.
Rozczarowaniem była z kolei kawa zamówiona w przydrożnej budce u Pana Indianina z Peru, którego imienia niestety nie pomnę. Liczyłem na mocnego kopa, na coś oryginalnego. Nic z tego – pan Indianin uraczył mnie… Nescafe 2w1 (kawa z mlekiem) zalanym wrzątkiem z czajnika. WTF?!
Mimo wszystko Pan Indianin z dumą pozował do zdjęć.
No nic, dalej w drogę. Panamericana welcome to!
Panamericana przecina całe Chile z północy na południe. Ba, przecina całą Amerykę od południa Chile aż po Alaskę! Siłą rzeczy jest więc najdłuższą drogą na świecie. Jej proste odcinki mają i kilkadziesiąt kilometrów. Czasem ma 6 pasów, czasem dwa. Biegnie przez góry, lasy i pustynie. Słowem – Panamericana rocks!
Między jednym zakrętem a drugim można uciąć sobie drzemkę. Zwłaszcza, że zaawansowany tempomat, automatycznie utrzymujący odległość od pojazdu jadącego przed nami, potrafi skutecznie rozleniwić. Na szczęście urodziwe znaki informują, że czasem należy zakręcić wolantem.
A skoro o znakach mowa – te bywają zaskakujące.
Tak wygląda typowy dom chilijskiego interioru. Zlokalizowany blisko Panamericany (żeby wszędzie było “blisko”), beczki na deszczówkę oraz niezbyt solidne fundamenty, co by być gotowym na ewentualną przeprowadzkę.
A to poniżej to przypadkowe zdjęcie zrobione gdy wypadłem z samochodu.
Na wjeździe do niemal każdego miasta napotykamy panie oferujące mieszkania do wynajęcia. Podaż spora, więc i walka o klienta zażarta.
A skoro już jesteśmy na poboczu Panamericany… Co i rusz widać miejsca spoczynku kierowców, którym się nie udało. Podobno do wypadków najczęściej dochodzi w czasie burz piaskowych.
Pędzimy na północ, w kierunku pustyni Atacama. Deszcz nie padał tam odkąd prowadzone są pomiary, czyli od ok. 400 lat!
Przykryte 2 cm warstwą piasku i kurzu samochody były na sprzedaż. O dziwo cena nie była okazyjna – właściciel wycenił niebieskie wozidło na prawie milion chilijskich peset, co oznacza prawie 2500 amerykańskich dolarów, co z kolei oznacza, że chciał dużo za dużo.

Kolejny polski akcent. Właściciel stacji benzynowej utrzymywał, że jego FIATa 125 S (Special) wyprodukowano w Polsce. Warto nadmienić, że na samej stacji można było napić się Zubrówki.
Atakujemy Atacamę. Panamericana z asfaltu zmienia się na niedokońcawiadomoco, ale to coś, wbrew pozorom, mogłoby konkurować z wieloma polskimi wielkomiejskimi drogami.
Jest MOC, jest i zimny łokieć.
Koniec części pierwszej, przedostatniej.




January 27, 2012 at 10:42 am
Super, bro. W ogole zapomnialem przez te pare minut czytania, ze jest dzien pracy… :-)