Chill in Chile (378 dni temu…) – wspomnienia z najdłuższego kraju świata, cz.II

Posted in Uncategorized on January 28, 2012 by andresito

Część pierwsza skończyła się na Atacamie, więc dla porządku cz.II startuje z tego samego miejsca. O_0

Po ok. 2 godz. pustynnej jazdy na północ (kierunek: Copiapo) krajobraz znów zmienił się nie do poznania. Zaczęliśmy się wspinać w Andy. Co 500 m n.p.m. musieliśmy robić przerwy, żeby nie wybuchnąć. Podobno miało to związek ze zmieniającym się ciśnieniem.

Okazało się, że nawet wysokościomierz może być przydatny. Na wysokości 3270 m n.p.m. zza chmur wyłonił się jedyny polski budynek widoczny z Chile – mowa oczywiście o PKiN.

Na wysokości ok. 3500 m w jednym z samochodów (tym z podniesioną maską) chwilowo zastrajkowało chłodzenie. Włączył się tryb awaryjny, trzeba było zrobić przerwę. Najbliższy McDrive – 1874 km :(

Później z kolei okazało się, że nie ma już po co lecieć na Marsa, bo Mars znajduje się w Chile. Do pełnego efektu zabrakło tylko większej liczby księżyców.

W drodze powrotnej na południe (kierunek: Valparaiso) zatrzymaliśmy się na wysokości ok. 2500 m, gdzie nagle pośród skał pojawiła się łąka porośnięta dziwną sztywną i szorstką trawą. 0_O

Tam też dostąpiłem jedynej w swoim rodzaju okazji, by zjeść nieco sera pleśniowego ze stołu, za który posłużyła dwudziestocalowa felga.

Po dniu spędzonym z dala od cywilizacji, miło było wrócić do miasta, by przekonać się, że są pewne codzienne sytuacje, w których jesteśmy za Chilijczykami. Ot, tankowanie. Temat zwłaszcza ostatnio gorący. Abstrahując jednak od cen paliw, w Chile funkcjonuje bardzo wygodny system, który pozwala na niewysiadanie z auta w czasie tankowania. Pracownik stacji nalewa nam odpowiednią ilość paliwa, po czym przychodzi do okna z terminalem. Prawda, że wygodne?

Zazdroszczę Chilijczykom także tego, że ich “TIRy” pochodzą z USA. Pełno wszelkiej maści Freightlinerów czy Peterbiltów. Momentami można się poczuć jak w “Pojedynku na szosie“, a nie jak u nas, w kiepskim rosyjskim filmie zarejestrowanym przez wideorejestrator.

Pacyfik – najbardziej nam odległy ze wszystkich oceanów – przy pierwszym kontakcie pocztówka musi być.

Ten mały punkt na szosie to Audi A7.

Fajny patent – może nad Bałtykiem też by się dało. Fale rozbijają się o fasadę hotelu. Panoramiczne okna i nic więcej do szczęścia nie trzeba.

No może jeszcze basenu na dachu z widokiem na ocean.

- Jak pan zasila te wielkie kolumny?

- Tu mam akumulator. A do niego podłączone radio samochodowe i wzmacniacz.

- Dokąd pan jedzie?

- Chcę objechać cały kraj. Mam tu zapasy pożywienia, kilka rzeczy na zmianę, części zamienne.

- A ile pan już przejechał?

- 14 kilometrów. Wyjątkowo dziś ciepło – robię krótką przerwę.

Diego Maradona przyłapany na wczasach w Chile.

Po czym poznać chilijskiego hipstera w środku lata? Po ciepłej czapce z wełny alpaki.

Tutejsza sieć energetyczna ma swój urok.

Swój urok ma też pewnie obchodzenie świąt Bożego Narodzenia w środku lata. O_0

Ci panowie oferowali pilnowanie pojazdów pod naszą w nich nieobecność. Może to znowu pozory, ale ich powierzchowność była zgoła inna niż ich polskich odpowiedników. I chyba nie chodziło o opaleniznę, bo przecież nasi parkingowi w środku lata też dają radę.

A tak wygląda front największej chilijskiej winnicy – Vińa Indomita. Pochodzące stąd wina są całkiem popularne w Polsce.

Po 5 dniach podróży wracamy do Santiago. W ostatni dzień udajemy się jeszcze w Andy, by zobaczyć kondora. Nie trzeba czekać długo – te ogromne ptaszury dostrzegam nawet bez okularów (!). Dość powiedzieć, że taki jeden z drugim potrafi poderwać do lotu niewielką owcę. Niestety, uwiecznić się na zdjęciu nie pozwoliły, dlatego wrzucam takie se zdjęcie ze wspinaczki, którą sponsoruje niezawodny napęd Quattro.

W drodze powrotnej spotykamy jeszcze dwóch panów pretendujących do roli w chilijskiej wersji “Brokeback Moutain”.

Czas wracać. Chile to interesujący kraj. Najdłuższy na świecie, podobno najbezpieczniejszy w całej Ameryce Płd.. Ludzie są serdeczni, ceny przystępne, kobiety nie za piękne, ale ziemia tania, niestety niezbyt żyzna. A ludzie serdeczni.

Minął rok. I znów kilkudziesięciostopniowa amplituda temperatur…

The End

PS Na koniec kilka słów o samej prezentacji. Posłużę się fragmentem tekstu, który napisałem dla magazynu CARS [*]:

W połowie stycznia [2011 r] Chile było areną prezentacji najmłodszego członka rodziny Audi, modelu A7. Z uwagi na niedostępność samochodu u lokalnego importera, auta dotarły za ocean statkiem. Dla dziennikarzy przygotowano dwie odmiany: 3.0 TFSI, czyli 300-konną wersję benzynową oraz diesla 3.0 TDI o mocy 245 KM. Audi A7, choć technologicznie jest rozwinięciem  modelu A6, wyposażono w niemal wszystkie nowinki do tej pory zarezerwowane dla flagowego A8. I tak znajdziemy w nim m.in. aktywny tempomat utrzymujący zadaną prędkość z uwzględnieniem stałej odległości od auta poruszającego się z przodu, kamerę termowizyjną, pozwalającą dostrzec niewidoczne w ciemnościach przeszkody, czy 1300-watowy system audio firmy Bang Olufsen wyposażony w 15 głośników. Audi określa najnowszy model jako idealny pojazd dla indywidualistów, którym opatrzyły się klasyczne limuzyny i poszukują czegoś nowego. Sylwetka najnowszego produktu z Ingolstadt faktycznie może się podobać. Jest dynamiczna i masywna – to efekt proporcji wysokości i szerokości pojazdu. Niestety za oryginalnie opadającą linię dachu zapłacą pasażerowie tylnej kanapy, która oferuje mniej przestrzeni niż klasyczne limuzyny. Cóż, za to by się pięknie wyróżniać trzeba ponieść cenę.

Chill in Chile (376 dni temu…) – wspomnienia z najdłuższego kraju świata

Posted in Uncategorized on January 26, 2012 by andresito

Na sam początek mała ciekawostka – przytoczę dwie liczby: 3915 i 4630. Ta pierwsza to odległość w kilometrach jaką pokonacie przemierzając całą Europę z Lizbony do Moskwy (w linii prostej). Druga odpowiada trasie wewnątrz granic Chile – od północnej z Peru do Przylądka Horn na południu.

Minął rok. 20 stycznia 2011 r. wróciłem z prezentacji Audi A7, która miała miejsce w Chile. 6 dni na miejscu, 6 x Audi A7, 4 tys. przemierzonych kilometrów. Lot do stolicy Chile, Santiago, trwa ponad 14 godzin. Jak to mówią młodzi ludzie – masakracja. Na szczęście temperatura o 40 st. wyższa niż w Polsce szybko przywraca dobry humor. Widok sześciu stojących obok siebie asiódemek także. Na początek 3.0 TFSI, 300 KM, 15-głośnikowe audio Bang & Olufsen za 33 tys. zł netto na pokładzie. Ruszamy.

Santiago de Chile? Nic specjalnego. Taka Saragossa. Jak na tę odległość od codziennego świata jest tu zbyt normalnie, żeby się czymś ekscytować. Znalezienie rodzimej Warki Strong na przydrożnym billboardzie tylko potęguje to wrażenie.

Różnice kulturowe jednak łatwo dostrzec. Ludzie mniej się tu spieszą. Może rundka w warcaby w środku dnia? No problem.

Diabeł tkwi w szczegółach. To one przypominają, że jednak nie jesteśmy w Hiszpanii.

W warszawskim metrze takich aparatów telefonicznych nie uświadczymy. Za to metro w Santiago ma bodaj 5 linii. Ale to my jesteśmy krajem cywilizowanym… Faktem jest jednak, że wystarczy wyjechać ze stolicy, by rzeczywiście poczuć, że jest się… daleko od domu. Przykładowo: u nas słowo “przeprowadzka” raczej nie kojarzy się z przewożeniem całego dobytku ciągnikiem siodłowym.

Rozczarowaniem była z kolei kawa zamówiona w przydrożnej budce u Pana Indianina z Peru, którego imienia niestety nie pomnę. Liczyłem na mocnego kopa, na coś oryginalnego. Nic z tego – pan Indianin uraczył mnie… Nescafe 2w1 (kawa z mlekiem) zalanym wrzątkiem z czajnika. WTF?!

Mimo wszystko Pan Indianin z dumą pozował do zdjęć.

No nic, dalej w drogę. Panamericana welcome to!

Panamericana przecina całe Chile z północy na południe. Ba, przecina całą Amerykę od południa Chile aż po Alaskę! Siłą rzeczy jest więc najdłuższą drogą na świecie. Jej proste odcinki mają i kilkadziesiąt kilometrów. Czasem ma 6 pasów, czasem dwa. Biegnie przez góry, lasy i pustynie. Słowem – Panamericana rocks!

Między jednym zakrętem a drugim można uciąć sobie drzemkę. Zwłaszcza, że zaawansowany tempomat, automatycznie utrzymujący odległość od pojazdu jadącego przed nami, potrafi skutecznie rozleniwić. Na szczęście urodziwe znaki informują, że czasem należy zakręcić wolantem.

A skoro o znakach mowa – te bywają zaskakujące.

Tak wygląda typowy dom chilijskiego interioru. Zlokalizowany blisko Panamericany (żeby wszędzie było “blisko”), beczki na deszczówkę oraz niezbyt solidne fundamenty, co by być gotowym na ewentualną przeprowadzkę.

A to poniżej to przypadkowe zdjęcie zrobione gdy wypadłem z samochodu.

Na wjeździe do niemal każdego miasta napotykamy panie oferujące mieszkania do wynajęcia. Podaż spora, więc i walka o klienta zażarta.

A skoro już jesteśmy na poboczu Panamericany… Co i rusz widać miejsca spoczynku kierowców, którym się nie udało. Podobno do wypadków najczęściej dochodzi w czasie burz piaskowych.

Pędzimy na północ, w kierunku pustyni Atacama. Deszcz nie padał tam odkąd prowadzone są pomiary, czyli od ok. 400 lat!

“Z życia pobocza”, c.d.

Przykryte 2 cm warstwą piasku i kurzu samochody były na sprzedaż. O dziwo cena nie była okazyjna – właściciel wycenił niebieskie wozidło na prawie milion chilijskich peset, co oznacza prawie 2500 amerykańskich dolarów, co z kolei oznacza, że chciał dużo za dużo.

Kolejny polski akcent. Właściciel stacji benzynowej utrzymywał, że jego FIATa 125 S (Special) wyprodukowano w Polsce. Warto nadmienić, że na samej stacji można było napić się Zubrówki.

Atakujemy Atacamę. Panamericana z asfaltu zmienia się na niedokońcawiadomoco, ale to coś, wbrew pozorom, mogłoby konkurować z wieloma polskimi wielkomiejskimi drogami.

Jest MOC!

Jest MOC, jest i zimny łokieć.

Koniec części pierwszej, przedostatniej.

fight the power!

Posted in Uncategorized on January 8, 2012 by andresito

wyprawa na wschód się nie udała, ale i tak było awesome

bo:

nie zabrakło ciekawostek (w jakim stanie leży Oregon?)

była muzyka

był film

były też zdjęcia

foto: cieplok

make up: asia (nivea cosmetics)

stylizacja: murzyn streetwear

modele: filip, wojtek, zbyszek (KATO Models)

’39 in 1993, czyli o tym, jak brat Wojtek nie od razu został żeglarzem

Posted in Uncategorized on November 24, 2011 by andresito

Brat Wojtek fanem Queenów był wielkim. Kaset, z których budowałem rozliczne garaże dla resoraków (majorette, siku, matchbox) wszędzie było pełno. O, tak jak tu:

Stąd też wiem, że Queen to więcej niż to, co grają w RMF FM (mówiąc to oczywiście nie chcę umniejszać MEGA HITOM Queenów – są wielkie i zawsze będą!). Był bodaj rok ’93, kiedy brat Wojtek pojechał na obóz żeglarski. Wrócił z Mazur po jednym dniu, bo mu się wtedy na łajbie nie spodobało. Pamiętam jednak, że przywiózł mi części do budowy kilku nowych garaży, na których nagrane były szanty. Pamiętam też, że wtedy z bratem Wojtkiem zrozumieliśmy, że znany nam wcześniej kawałek z albumu “A Night at the Opera” z 1975 r. był właśnie piosenką żeglarską. Który inny rockowy zespół ma w dorobku coś takiego?

’39

A to kolejny z mało popularnych, bardzo lubianych przez brata Wojtka i przeze mnie kawałków. A że music video ma się nijak do reszty? Kiedyś chyba nie to było najważniejsze:

Wydzierać się każdy może. Nawet Nergal. Ale niech jeden z drugim spróbuje się w takiej konkurencji!

I na koniec wykonanie utworu “Barcelona” już bez przerywania – WARTO!

Lotusem po dzielni

Posted in Uncategorized on November 18, 2011 by andresito

Wnioski z jazdy:

-> podczas jazdy zerkasz na bok – myślisz SUV wielkości Cayenne – nie, to stary Escort;

-> obicia foteli w miejskim autobusie są nieco grubsze. Dziękuję, dobranoc.

20111118-011910.jpg

indian summer

Posted in Uncategorized on October 30, 2011 by andresito

 


behind the scene

Posted in Uncategorized on October 10, 2011 by andresito




Marcin Kempski for BOHOBOCO Autumn/Winter 2011-12 Advertising

In the land of Land Rover

Posted in Uncategorized on October 9, 2011 by andresito

 

Autostadt, czyli miasto Volkswagena

Posted in Uncategorized on September 11, 2011 by andresito

Wolfsburg, który powinien raczej nazywać się Volksburgiem, pod względem malowniczności zdecydowanie konkuruje z  innym niemieckim pięknisiem – Leverkusen (zdjęcie na końcu). Jedno jest pewne – tu Ci Golfa nie ukradną!

A skoro o Golfie już mowa… Szkoda, że to nie Adidas Originals.

Na Autostadt, czyli (nie)jedyne w swoim rodzaju miasto w mieście, składa się m.in. fabryka (ogromna!), muzeum(bogate!) oraz 5-gwiazdkowy Ritz – Carlton oraz dwie 60-metrowe wieże, w których zamówione fałweje czekają na odbiór. Mechanizm jest prosty – kupując nowe auto w Niemczech można zrezygnować z zawartej w cenniku pozycji p.t. “przygotowanie auta do sprzedaży“. W zamian, rodzina np. z Hanoveru jedzie na wycieczkę do Wolfsburga, zatrzymuje się w naprawdę wypasionym Ritzu, je pyszne śniadanko, a następnie wjeżdza windą, by zobaczyć swoje auto. Później, już na ziemi, Hans wręcza kluczyki, robi pamiątkowe zdjęcie i tym sposobem nabywca podstawowej wersji Polo może poczuć się jak król. Albo raczej jak König!

Wspomniałem o muzeum… Były czasy, kiedy nie było iPhone’ów i skrzyń DSG.

A tu proszę – Messerschmitt. Po wojnie, z części które się ostały, budowano samochody.

Nowa Jetta – najbardziej lubię ją za połączenie skądinąd żwawego silnika 1.2 TSi z prędkościomierzem wyskalowanym do 280 km/h
(w tle na 1. planie – w/w Ritz/Carlton, ale jak zwykle mistrzem jest plan drugi).


W Autostadt nie mogło zabraknąć miejsca dla najszybszego z Volkswagenów.

Last but not least – obiecałem zdjęcie z Leverkusen. Możecie mi wierzyć lub nie, ale poniższy widok towarzyszył mi przez ok. 6 tyg praktyki, jaką odbyłem w 2005 r. Ich heisse Andreas, ich war ein Werkstudent!

open’er 1882

Posted in Uncategorized on September 2, 2011 by andresito

still the best at 1:00 a.m. sharp

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.